Studio, które znało tylko ciepło
Amanita Design zbudowało reputację na grach, które można było pokazać babci bez tłumaczenia się z czegokolwiek. Samorost, Machinarium, Botanicula, Chuchel: każda produkcja pracowała na czułości, absurdzie i ręcznie rysowanej urodzie świata. Nic nie wskazywało, że kolejnym krokiem będzie horror.
Ale właśnie to znaćmo dopracowanej formuły pozwoliło im ją odwrócić. Kiedy Jaromír Plachý zaczął rysować pierwsze potwory, nie musiał się uczyć stylu od zera. Musiał tylko nauczyć się, jak sprawić, by jego własne postaci przestały być bezpieczne.
Decyzja o horrorze
Plachý mówił w wywiadach, że pomysł przyszedł z rysunków wykonanych przy pracy nad Chuchelm: niektóre deformacje bohatera wychodziły zbyt groteskowo, by zmieścić je w komedii. Zamiast je wyciąć, zaczął je zbierać.
Decyzja o tytule była częścią koncepcji. 'Happy Game' kłamie od pierwszego kontaktu ze stroną sklepu. Gracz, który wie, o co chodzi, dostaje bonus ironii jeszcze przed instalacją.
Jak powstawały sceny
Każda scena zaczynała się od rysunku ołówkiem. Potem Plachý rozbijał postaci na części i animował je ręcznie, klatka po klatce, w tempie znacznie wolniejszym niż wymagają tego standardy gamedevu. Efekt: ruch, który wygląda organicznie, bo jest niedoskonały w sposób zamierzony.
DVA nagrywało dźwięk równolegle do animacji. Zespół pokazywał im wczesne kadry, a oni odpowiadali dźwiękiem, który potem wpływał na montaż. To współpraca, w której muzyka nie dokleja się do obrazu, ale rośnie z nim razem.
Premiera i recepcja
Happy Game wyszło 28 października 2021 na Steam, Mac, Switch, iOS i Android. Krytycy zareagowali jednolicie: zachwyt nad oprawą, ostrzeżenie o treści i jedno pytanie powtarzane w różnych wariantach: jak studio, które zrobiło Machinarium, zrobiło to?
Gra dostała nominacje i wyróżnienia, m.in. honorable mention na IGF za Excellence in Visual Art oraz wyróżnienia na Czech Game of the Year. Komercyjnie nie była hitem skali Machinarium, ale stała się tytułem kultowym: tym, który poleca się znajomym z ostrzeżeniem w głosie.
Marek Kowalski